"Pamiętam czasy, w których Luna była łagodną dziewczyną. To przez odejście Pierwotnych tak się zmieniła. Nie mogę pozwolić na powrót tej bolesnej przeszłości. I starych uczuć."
Syknęła. Dlaczego? Dlaczego wszystko szło nie tak? To miało się inaczej skończyć. Może lepiej by było, gdyby nie poznała tej przeklętej rodziny. Wystarczył ułamek sekundy, żeby wszystko przestało ją obchodzić. Zawróciła w kierunku... w jakim kierunku? Nie wiedziała, gdzie ma iść. Dopiero tu przyjechały. Opuściły dom w Lynchburgu i znalazły się w miejscu, gdzie nie miały domu.
"Cholera! I co ja zrobię? Nie pójdę do Pierwotnych. A nie mam tu innych znajomych. Luna będzie miała wielkie kłopoty!" - pomyślała wściekła.
- Wróciłam.
Serena zmarszczyła brwi.
- Najwyższa pora, panno Moon.
- Chyba się tak na mnie nie gniewasz, co? - spytała Luna.
- Nie, skądże. To nic, że zrobiłaś mi taki numer pierwszy raz i nie miałam pojęcia, co chcesz zrobić.
- Tak, tak. Przepraszam cię. Możemy już o tym zapomnieć?
- Dorośnij! - krzyknęła Serena - Bądź odpowiedzialna za swoje błędy!
- I tak wiem, że się na mnie nie gniewasz - powiedziała przymilnie Luna.
- Martwiłam się jak nie wiem i...
- Ale się nie gniewasz.
- Oczywiście, że się gniewam! Ale zbyt cię kocham, żeby to trwało długo.
- Mordo ty moja!
Rzuciły się sobie w ramiona. Śmiały się i płakały na przemian. Tak, były dość specyficznymi przyjaciółkami. Nikt nie mógł ich zrozumieć tak, jak one rozumiały siebie nawzajem. Ale to właśnie sprawiało, że były wyjątkowe.
- Dobra, koniec czułości - zarządziła Luna - Czas na rzeczy ważniejsze. Musimy u kogoś przenocować.
- Chyba nie masz na myśli... - zaczęła Serena.
- Tak, Pierwotnych. Nie marudź, to nasze jedyne wyjście. Co nam jeszcze zostało?
- Most Wickery.
- Nie żartuj.
- A wiesz chociaż, gdzie oni mieszkają?
- Oczywiście.
Serena zastanawiała się przez chwilę.
- Zapomnij.
- Jesteś egoistyczna, wiesz?
- Co?
- Tak. Jesteś egoistyczna, bo pod pretekstem ochrony mnie chcesz uleczyć swoje własne rany.
Szkarłatnooka przygryzła wargę. Biła się z myślami.
- Są dwa wyjścia - kontynuowała Luna - Albo jesteś ze mną, albo przeciw mnie. Wszystko zależy od ciebie.
- To jest szantaż!
- To jest rozpatrywanie kwestii, która może nam pomóc.
- Dobra, nie gadaj jak jakiś naukowiec.
- Ale zgadzasz się?
- Wygląda na to, że muszę.
- To chodźmy!
Serena westchnęła cicho. W rzeczywistości chciała tam pójść. Przez całą drogę miała w myślach jedną twarz.

***
- Wypuść ich, Klaus. Nie możesz traktować swojej rodziny jak zabawki.
- Nie rozumiesz mnie, Elijah. Nie ma najmniejszego zamiaru tego zrobić, przynajmniej teraz.
- To spraw, żebym zrozumiał.
- Wszyscy dziś proszą mnie o wyjaśnienia. Kiedyś się dowiesz.
- Wszyscy, czyli kto?
Rozmowę przerwał im dzwonek do drzwi.
- Otworzę - Klaus poszedł w kierunku drzwi i otworzył je.
- No, proszę. Co za spotkanie - uśmiechnął się drwiąco. Serena wybuchła
- Nawet nie rób takiej miny! Nie wytrzymam! Widzę cię dopiero przez kilka sekund i już mam cię dość! Może będzie lepiej, jak już sobie...
- Rena chciała spytać o nocleg - przerwała Luna.
- Wcale nie! I nie mów na mnie Rena!
- Kto tak okropnie krzyczy? - spytał Elijah, stając koło brata. Zamarł.
- To tylko nasze stare przyjaciółki. Przywitaj Renę...
- Se-renę - uściśliła zirytowana wampirzyca.
- Oczywiście, Serenę. Oraz małą Lunę.
Luna nie zamierzała ochrzanić Klausa za "małą". Wpatrzyła się w nieziemskie oczy starszego Mikaelsona.
______________________________
Tak, wiem, notka krótka, ale nie miałam weny. Na poprawę humoru coś dla fanów Eleny ;)
http://www.youtube.com/watch?v=O_vYmmVK84c
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz